Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bahamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bahamy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Bahamy w styczniowych "Podróżach"

Właśnie ukazały się nasze Bahamy w "Podróżach". Jakby ktoś chciał trochę poczytać, a nie tylko oglądać obrazki to zachęcam do zakupu!


środa, 13 lipca 2016

Witajcie w raju, czyli blaski i cienie rajskich wysp. Nassau, Bahamy

Na niewielkiej wyspie, New Providence, leży Nassau, stolica Bahamów. To największe miasto na wyspach zamieszkałe przez ok. 200 tysięcy osób. W porcie w samym centrum codziennie cumuje pięć, sześć, czasem siedem ogromnych promów wycieczkowych. Każdy przywozi od 3 do 5 tysięcy ludzi. To oznacza, że codziennie ponad 20 tysięcy turystów wysiada na ląd w Nassau. Część jest sukcesywnie pakowana do niezliczonych busików i rozwożona po atrakcjach wyspy. Inni wylewają się na niewielki skrawek plaży, ręcznik przy ręczniku, leżak przy leżaku, depczą sobie po głowach wchodząc do zatłoczonej wody. 

Dzieci, młodzież i bardziej aktywni dorośli oddają się w ręce lokalnego kaowca. Kiedy odwiedziliśmy ten turystyczny raj, trafiliśmy na zawody w limbo i tańcu na plaży, styl dowolny. Do wygrania było raptem 20 $. Może nie porwało to tłumów, ale parę osób naprawdę się starało, dwie dziewczyny tańczyły fantastycznie. Największe wrażenie zrobiła na mnie miejscowa handlarka pamiątek – otyła starsza pani, chodziła utykając. Kiedy usłyszała muzykę odłożyła kosz z wisiorkami, oparła się rękami o murek i zaczęła kręcić biodrami – my, białe kobiety możemy tylko pomarzyć o takich ruchach. Za drugim razem nagroda wzrosła do 50$ w gotówce i 50$ w napojach i jedzeniu w barze. Plaża pełna była młodych Amerykanów, którzy upijali się w promocji all you can drink. Napoje serwowane były w kokosie.

Całość miała lekko groteskowy posmak, ale był w tym też pewien luz. Zastanawiałam się, czy na podobnych wyjazdach w Polsce ludzie potrafią bawić się równie dobrze i bez kompleksów. Chociaż nawet nie wiem, czy w Polsce są podobne imprezy.


Wcześniej statki wycieczkowe oglądaliśmy z parkingu strzeżonego. Jeden z chłopaków, którzy go pilnowali, zagadał do nas. Dopytaliśmy go o promy, a potem był klasyczny small talk - że Bahamy, że piękne, że nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, że tu słońce i ciepło, a tam śnieg i zimno etc. „No mamy swoje drobne problemy, przestępstwa, zbrodnie, ale kto ich nie ma” – nasz rozmówca znienacka postanowił odbrązowić swoją ojczyznę. My skwapliwie kiwamy głowami, że tak, że kto nie ma, że wiadomo. Potem spytał, czy nie chcemy kupić jakichś narkotyków.

Tego samego dnia, który cały spędziliśmy w Nassau, w mieście zginął mężczyzna. Wjechał w ścianę, a kiedy policja przyjechała na miejsce, okazało się, że miał w głowie kulę. Nie wiadomo skąd się tam wzięła, nikt nie słyszał strzałów.

Tytuł posta zaczerpnięty jest oczywiście ze świetnej książki Jennie Dielemans, "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym". Bardzo polecam!

czwartek, 12 maja 2016

Bahamy. Ceny i kilka informacji praktycznych

Bahamy nie są dla każdego – taki napis widzieliśmy w kilku miejscach. Takie niby lokalne powiedzenie, które nie za bardzo jest w użyciu, ale za to pojawia się na koszulkach i pamiątkach. Trochę dziwne, jak na hasło reklamowe, ale niestety prawdziwe. Bahamy nie są dla każdego – na podróż po wyspach trzeba wydać niemałe pieniądze.  Myśmy mieli szczęście pływać jachtem, co wychodzi najtaniej, ale i tak wielu wydatków nie udało nam się uniknąć. Poniżej zamieszczam listę cen bahamskich dóbr i usług. Na Bahamach obowiązuje dolar bahamski, który ma kurs związany z dolarem amerykańskim. Płacić można obiema walutami.


Przelot z Miami do Nassau liniami Bahamian Air kosztuje 69 $ i tu uwaga – nie wejdziemy na pokład samolotu nie posiadając biletu powrotnego, który jest znacznie droższy - ok. 145 $ tym samym przewoźnikiem. My znaliśmy ten przepis, ale liczyliśmy, że go nie egzekwują. W rezultacie kupowaliśmy na szybko bilet tuż przed odlotem i zapłaciliśmy ponad 100$ gapowego. W Nassau trzeba zapłacić 27$ za taksówkę z lotniska do centrum.

Najtańszy nocleg w Nassau oferuje Grand Central, hotel z gatunku „widoczne ślady minionej chwały”. Położony tuż obok portu byłby świetnym miejscem na dłuższy pobyt, gdyby nie cena – nocleg dla dwóch osób razem z podatkami to koszt ok. 95$. Tańszą opcją są tylko noclegi na Airbnb, których trzeba szukać ze sporym wyprzedzeniem. W budynku hotelu, obok wyjścia jest przyjemny barek z jedzeniem na wynos. Kawa kosztuje tu 1$, a śniadanie można zjeść za ok. 5$. Jedną z ciekawostek jest tu Johny cake - tłuste słodkawe ciasto, podawane do jajecznicy, a także jako kanapka z szynką lub pastą z tuńczyka. Mnie bardzo smakowało.

Z Nassau kursują statki pocztowe na wszystkie ważniejsze wyspy. We wtorki ok. 16-tej odpływa prom do George Town na Exumas. Rejs trwa ok. 15 godzin i kosztuje 55$. W cenie jest spanie w umiarkowanie przykurzonej, sześcioosobowej kajucie bez pościeli oraz jeden posiłek. My mieliśmy całą kajutę dla siebie, a kolacja była naprawdę pyszna. W informacji turystycznej panie były jednak szczerze zdziwione, kiedy pytaliśmy o mail boat. W samym porcie też panowała lekka dezorientacja. Mimo to wydaje mi się, że statki pocztowe to jedna z ciekawszych opcji poruszania się po Bahamach. Przy odrobinie (albo może nieco większej dawce) szczęścia można też załapać się na jachtostop. Chyba jednym z lepszych miejsc do poszukiwań załogi chętnej do przygarnięcia nowego członka jest George Town. Działa tam dobrze zorganizowana społeczność żeglarska, a informacje szybko się rozchodzą.

Z Nassau, z tego samego portu co mail boats, oddalonego o pół godziny drogi na piechotę lub 5 minut autobusem (1,25$ za bilet) od centrum, pływają też fast ferries. Promy do George Town płyną o dwie godziny krócej niż mail boat, ale chyba nie ma na nich miejsca do spania ani jedzenia. Kosztują kilkanaście dolarów więcej.

Na większość ważniejszych wysp z Nassau można polecieć samolotem – bilety kosztują od 50$.

Trzydniowy rejs statkiem wycieczkowym z Miami lub Orlando kosztuje ok. 500 $ razem z podatkami, ale można znaleźć tańsze promocje.

Opłata za jacht wpływający na Bahamy na okres do trzech miesięcy wynosi 300 $ niezależnie od liczby załogi. Stanie na bojce to koszt od 25$. W marinach ceny są bardzo różne, ale zdarzają się doskonałe promocje – znajomi trafili do Lukaya, gdzie za 100$ plus opłaty za wodę i prąd mogli stać przez miesiąc. W bardzo wielu miejscach można rzucić kotwicę, co nic nie kosztuje. Ograniczenia w rzucaniu kotwicy wynikają z głębokości, ukształtowania terenu oraz siły i kierunku wiatru. Wiele wysp to własność prywatna i nie wolno na nie schodzić, przynajmniej teoretycznie.

Ceny w restauracjach są dość wysokie. W porcie rybackim w Nassau, który jest miejscem mało turystycznym, za fishburgera z frytkami zapłaciliśmy 12$, a za piwo 5$. Duża sałatka z konch, sztandarowa potrawa na Bahamach (danie nieco kontrowersyjne, ponieważ konchy na Bahamach są przełowione i ich liczba spada) kosztuje 10-12$. Solidne danie obiadowe to wydatek rzędu 20-25$. W tych warunkach łatwiej jest podjąć decyzję o wizycie w sieciówce, choć nie jest to powodem do dumy. Jednak cena 4-5$ za zestaw fast food jest kusząca.

Ceny w supermarkecie porównywalne są do amerykańskich, a na niektóre produkty znacznie wyższe. Puszka tuńczyka kosztuje ok. 1,5$, spora cukinia 2-3$, mleko 3,60-4$, duży chleb tostowy 4-5$.

Łowienie ryb nic nie kosztuje. Chociaż mnie nasza największa ryba kosztowała trochę płaczu.


Na zdjęciu ryba, której połowę zjadła nam inna ryba. Bywa i tak.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Bahamskie świnie plażowe

 Czyli historia o tym, że niebezpieczeństwo przychodzi czasem z najmniej oczekiwanej strony, a świnie naprawdę potrafią zachować się jak świnie.

Kiedy kupiliśmy bilet na Bahamy, zaczęliśmy szukać tamtejszych atrakcji. Jedną z najpopularniejszych okazała się Pig Beach, Plaża Świń na północnych Exumas. Wszyscy się ze mnie śmieli, a ja zachorowałam - uparłam się, że koniecznie musimy tam popłynąć. Pogoda nam sprzyjała i po kilku dniach od wyruszenia z George Town rzuciliśmy kotwicę niedaleko wyspy, na której żyją pływające świnie. Pierwszą rzeczą, jaka nas zaskoczyła była liczba jachtów. Faktycznie świnie przyciągają, może nie tłumy, bo te na Bahamach występują tylko na promach wycieczkowych, ale bardzo dużo ludzi. Drugim zaskoczeniem były dwa pokaźne rekiny czające się pod naszą łódką. Chociaż nurse sharks nie uchodzą za szczególnie niebezpieczne, ogromne cielska kręcące się za pożywieniem robią wrażenie. Podobno przyciąga je dźwięk włączonego silnika, który kojarzy im się z rybakami wyrzucającymi resztki. Kiedy okazało się, że żarłoczne ryby nie mają zamiaru nas opuścić, a my przestaliśmy rzucać się z burty na burtę, żeby wskazywać je palcem i krzyczeć, że "łał i ciągle tu są", wsiedliśmy na dinghy, żeby zobaczyć słynniejszą zwierzynę tych okolic. Dopłynęliśmy do plaży i tam faktycznie były one - pływające świnie.

sobota, 12 marca 2016

W bahamskim buszu, George Town 2

Przez kilka dni w George Town chodziliśmy na długie spacery. Cała wyspa poprzecinana jest ścieżkami prowadzącymi na plaże po stronie oceanu i z drugiej strony. Jest nawet jeden punkt widokowy. Niesamowita przyroda i krajobrazy. Było cudownie!

piątek, 4 marca 2016

George Town, Bahamy

Msza na plaży. Kilkadziesiąt osób siedzi na drewnianych ławkach na plaży. Słuchają. Na koniec wstają i tworzą spory krąg. Są różnych wyznań i w różnym wieku, choć przeważają ci trochę starsi. Jedni mają długie brody i rozwichrzone włosy, inni zniszczone kapelusze, kobiety są w szortach i kolorowych bluzkach. Łączą ich dwie rzeczy. Pierwsza – wszyscy przypłynęli tu z zacumowanych na błękitnych wodach łódek. Druga – wszyscy są biali, choć twarze mają ogorzałe od słońca i wiatru. Amerykanie, Kanadyjczycy, Francuzi, Niemcy, Polacy. George Town to mekka żeglarzy, miejsce opiewane w ich morskich opowieściach. I świat nieco równoległy wobec rzeczywistości czarnych miejscowych. Nawet fizycznie mało jest przestrzeni do spotkań, właściwie tylko supermarket. Po zakupach żeglarze przenoszą się na rajską wysepkę naprzeciwko miasteczka.

To właśnie tam w niedziele odbywa się msza wielowyznaniowa. Po południu jest wykład o życiu płaszczek albo roślinach leczniczych, czasem spotkanie informacyjne o żeglowaniu na Kubę. Jeśli pogoda na to pozwala, od poniedziałku do soboty żeglarze spotykają się na plaży, aby wspólnie poćwiczyć jogę. Kiedy woda jest zbyt rozhuśtana, małe łódeczki zwane dinghy mają problem w pokonaniu fal. Wtedy wszyscy siedzą na swoich łódkach.  Codziennie o 8 rano przez radio można wysłuchać prognozy pogody, poprzedzonej zwyczajowym żarcikiem, później są ogłoszenia drobne. Ktoś potrzebuje maszynki do golenia, komuś zepsuł się generator prądu, ktoś szuka opiekunów dla kota na trzy tygodnie (za naszej bytności bezskutecznie). Są też powitania i pożegnania. Pani z „Błękitnego Raju” niezmącenie pogodnym głosem informuje o możliwości zakupu koszulek regatowych, ktoś zaprasza na siatkówkę albo pokera. W George Town tworzy się żeglarska wspólnota, chyba dlatego ludzie wracają tu latami, choć takich miasteczek na Bahamach jest znacznie więcej. Niektóre są bardziej kolorowe, czystsze, palmy ładniej wyginają się na wietrze, ale żeglarze pokochali właśnie George Town. To chyba też jedno z lepszych miejsc, gdzie można załapać się na jachtostop, a z Nassau co drugi dzień kursują tu szybkie promy (tzw. fast ferries – płyną około 12 godzin), a we wtorki przypływa statek pocztowy (podróż trwa ok. 15 godzin, polecam!).
'
Poza żeglarską wspólnotą w George Town i okolicach jest chyba wszystko, co powinno być na Bahamach – piasek, turkusowa woda, palmy, hamaki, ogromne muszle, bar na plaży. I właściwie nic więcej. Myślę, że dla wielu osób nic więcej jest kluczowe.
 

środa, 2 marca 2016

Bahamy, drugie podejście

Sześć lat temu ruszyliśmy z Titusville, miasteczka w Stanach trochę poniżej Orlando, na południe. Płynęliśmy Intracoastal Waterway, szlakiem prowadzącym przez rzeki, kanały i rozlewiska, ciągnącym się wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Po kilku dniach mieliśmy wyjść na ocean i ruszyć na Bahamy. Mój Tata remontuje żaglówki i pracuje przy deliveries - przeprowadza jachty z miejsca na miejsce. Trasę na Bahamy pokonał wiele razy, bardzo chciał nas tam zabrać. Łódź nazywała się Tota – to Ta jedyna, wymarzona, nasza. W wigilię Bożego Narodzenia 2009 roku byliśmy gotowi. Szarym, nieprzyjemnym świtem podnieśliśmy kotwicę, ahoj przygodo, płyniemy. Na silniku, z postawionym grotem, pod prąd. Fale były nieduże, ale strome, wiał umiarkowany wiatr. Najpierw szurnęliśmy o dno, potem było już tylko gorzej.

W wąskim wyjściu na ocean po obu stronach ciągnęły się skały, fale rzucały nami w górę i w dół, w najgorszym momencie przestał działać silnik. Stałam za kołem sterowym i szacowałam nasze szanse na przeżycie. Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bałam. Mój Tata przejął ster i jakoś wyprowadził łódź na szeroką wodę. Postawiony grot nas uratował, ale silnika nie dało się już uruchomić. Po godzinie bujania się na rozhuśtanym oceanie zawróciliśmy i rzuciliśmy kotwicę w Lake Worth, bezkształtnym amerykańskim czymś z dużym supermarketem, warownymi osiedlami i brakiem pieszych na ulicach. Tak zakończyła się nasza pierwsza podróż na Bahamy. Dwa tygodnie spędziliśmy na kotwicy, czekając na części do silnika, marznąc, bo była zima stulecia, i grając w karty. Moi Rodzice, B. i ja na kilkunastu metrach kwadratowych. Paradoksalnie dla mnie było super, choć szkoda mi było tej wyczekiwanej podróży. W styczniu B. i ja, zgodnie z wcześniejszym planem, polecieliśmy do Meksyku. Silnik ciągle nie działał.

W 2010 roku moi Rodzice sprzedali Totę, uznaliśmy, że była pechowa. Kupili trochę większy jacht do całkowitego remontu. Od tego czasu znów zaczęliśmy planować wyprawę na Bahamy, ale prace przy łódce przeciągały się w nieskończoność. Mijały kolejne lata i ciągle odkładaliśmy podróż, tłumacząc sobie, że za rok to już na pewno. I tak, po wielu kłopotach, w tym roku w lutym spotkaliśmy się w Georgetown, maleńkim miasteczku na Bahamach. Łódź nazywa się Tomoya, przez „y”, żeby Amerykanie mogli ją prawidłowo przeczytać. Pływamy.
Myślałam, że uda mi się pisać na bieżąco, ale dostęp do internetu mamy tu ograniczony i, prawdę mówiąc, nie bardzo o niego walczymy. Fajnie jest nie wiedzieć, co się dzieje na świecie i martwić się tylko falą i wiatrem. Pozdrawiamy z Bahamów!