O olimpiadzie w Rio prawie nikt już pewnie nie pamięta, a ja zabrałam się dopiero za porządkowanie zdjęć z brazylijskiej wyprawy z zeszłego roku. Może brazylijska wyprawa to określenie trochę na wyrost - w Brazylii byliśmy tylko w Rio, a resztę czasu spędziliśmy w Paragwaju. Za to Rio było bardzo intensywne. Na początek kilka cukierkowych pocztówek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 września 2016
środa, 23 marca 2016
Ołtarz z kukurydzy i żywe obrazy - Wielkanoc w Paragwaju
Migotanie kolorowych lampionów i pochodni
zatkniętych na bambusowych tyczkach, wyjce porykujące z koron drzew na
śpiewających w dole żałobników – Wielkanoc w paragwajskim Tañarandy
ma tropikalną, soczystą oprawę. Nad obchodami czuwa charyzmatyczny miejscowy
artysta Koki Ruiz. Wraz z dziesiątkami wolontariuszy tworzy w maleńkiej wsi
niezapomniany spektakl. Nad jeziorkiem co roku staje ogromny ołtarz z tysięcy kokosów, kolb kukurydzy i łodyg takuary, postacie z obrazów Leonarda da Vinci i El
Greco ożywają do wtóru słów św. Teresy z Avili, a drogę procesji wyznaczają
znicze w skórkach pomarańczy.
Na chwilę zmienimy kontynent, żeby wrócić do zeszłorocznej Wielkanocy, którą spędziliśmy z B. w Paragwaju, w Tañarandy. Ta mała wieś leży kilka kilometrów od miasta San Ignacio Guazú w regionie
Misiones. Słynie z największych obchodów wielkanocnych w całym kraju. Na szczęście w
Paragwaju nawet największe uroczystości organizowane są na ludzką miarę, choć
nie można odmówić im rozmachu. Co roku pod koniec Semana Santa do Tañarandy przybywa kilkanaście tysięcy wiernych,
przede wszystkim z Paragwaju (są też nielicznie goście z Brazylii czy
Argentyny, ale Europejczyków raczej nie uświadczymy). Przez lata procesja
przechodziła pokrytą czerwonym pyłem drogą, prowadzącą z leżącej na wzgórzu wsi
do miasta. W zeszłym roku Koki postanowił jednak zmienić jej trasę. Nie
podobało mu się, że pielgrzymom towarzyszył coraz większy tłum sprzedawców
napojów, baloników, zabawek, czapeczek, koszulek – wszystkiego, co można
znaleźć na bazarowych straganach. W Chrystusowym geście postanowił przegonić
kupców ze świątyni i zaprosił uczestniczących w procesji wiernych na teren
własnej posiadłości. „Mam nadzieję, że w ten sposób znów dane nam będzie poczuć
duchowy wymiar tego dnia” – przemawiał na trawie pod rozłożystymi drzewami. Nie
mamy porównania, ale atmosfera faktycznie była podniosła, choć pośród lampionów
i pochodni migotały ekrany setek smartfonów.
Poniżej: Drogę procesji przygotowywały ekipy mężczyzn i chłopców, którzy wzdłuż całej trasy ustawiali pochodnie i pomarańczowe znicze, przygotowane kilka dni wcześniej.

Powyżej: Jednym z elementów obchodów wielkanocnych jest przygotowanie ogromnego ołtarza wysadzanego kolbami kukurydzy i małymi kokosami. Nad całością prac czuwa Koki Ruiz.
Powyżej: Droga, którą kiedyś szła procesja w Wielki Piątek.
Powyżej: Wieczorem w Wielki Czwartek i Wielki Piątek odbywa się niezwykłe przedstawienie nazywane "Cuadros Vivientes" - "Żywe Obrazy". Miejscowi wolontariusze, w większości aktorzy-amatorzy odtwarzają dzieła największych mistrzów malarstwa. Efekt jest niesamowity, aż dziwne, że w innych miejscach na świecie nikt tego nie robi. A może robi? W 2015 r. przedstawienie odbywało się w Teatro Molina. Wejście nie było tanie - kosztowało 50 000 PYG, czyli ok. 40 zł, ale całe pieniądze przeznaczone były na utrzymanie domu starców. Nocleg w San Ignacio w okresie wielkanocnym kosztował 200 PYG, czyli 160 zł. Więcej cen w Paragwaju tutaj.
Kulminacją obchodów w Tañarandy jest procesja w Wielki Piątek. Towarzyszą jej grupy śpiewaków z różnych miejsc w Paragwaju, a ludzie niosą przed sobą lampiony w kształcie krzyży. Całość choć ma religijny charakter przypomina raczej spektakl. Procesja organizowana jest bez formalnego udziału Kościoła.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Jeszcze raz o Chaco, czyli cały tekst o paragwajskich kowbojach do przeczytania na stronie "Voyage"
„Wyspa otoczona lądem” – tak o swej ojczyźnie mawiał paragwajski pisarz Augusto Roa Bastos. Jeszcze lepiej określenie to pasuje do Chaco. Na południu granicę z Argentynąwyznacza leniwy nurt Río Pilcomayo. Busz porastający pogranicze z Boliwią na zachodzie i północy przecina pojedyncza nitka szosy, wciąż jeszcze nie do końca pokryta asfaltem. Na wschodzie od reszty Paragwaju równinę oddziela rzeka.
Cały artykuł o Paragwaju i kowbojach z Chaco ukazał się już na stronie Voyage. Zapraszam do czytania!
Cały artykuł o Paragwaju i kowbojach z Chaco ukazał się już na stronie Voyage. Zapraszam do czytania!
środa, 9 września 2015
Chaco i paragwajscy kowboje we "Voyage" i Meksyk w "Witaj w Podróży"
Nasz pierwszy paragwajski temat w druku. Mniej do czytania, więcej do oglądania. Polecam, bo Paragwaj rzadko gości na łamach polskich gazet i magazynów, a to ciekawy kraj.
W "Witaj w Podróży" z kolei mój tekst i zdjęcia z Meksyku.
sobota, 16 maja 2015
Trinidad w porannej mgle
Wedle przewodnika z 2010 roku, do ruin Trinidad przyjeżdża co miesiąc około tysiąca turystów. Średnio jeden autokar dziennie. I to z kilkoma pustymi siedzeniami. Nie ma w Paragwaju liczniej odwiedzanego miejsca. Wpis na Listę Dziedzictwa UNESCO robi swoje.
Nam nie było dane spotkać nawet i tej statystycznej trzydziestki. Do Trinidad przyjechaliśmy o świcie. Tego dnia departament Itapuá spowiła pierwsza jesienna mgła. Zamiast osiąść w dolinie, uczepiła się płaskiego szczytu wzgórza. Na przemian unosiła się, odsłaniając kamienne posadzki, ściany domów Indian, podstawy kolumn, a potem opadała, wystawiając łuki kościoła i korony palm na palące słońce. Błądziliśmy w niej wśród pozostałości misji, najokazalszej z trzydziestu, jakie jezuici założyli trzysta lat temu nad Paraną. Była tu szkoła dla chłopców i dziewczynek, był chór, warsztat snycerski i kamieniarski, przytułek dla starców, kościół, gdzie msze odprawiano po łacinie i w guaraní. Kościół był ogromny. W Trinidad mieszkało pięć tysięcy Indian. I dwóch jezuitów.
Teraz nie było nikogo/ tekst: Bartek.
czwartek, 9 kwietnia 2015
wtorek, 7 kwietnia 2015
Cmentarzysko pociągów
Pierwszy pociąg wyruszał z Asunción przed świtem, o 4.30. W Villarice zatrzymywał się sześć godzin później, do Encarnación docierał tuż przed zmierzchem, o 17.30. Zwykle tam kończyła się podróż, ale co czwartek wagony ładowano na prom i przewożono przez Paranę na drugi brzeg. W Posadas podłączano argentyński parowóz. Ciągnął cały skład aż do Buenos Aires. Pasażerowie wysiadali tam w sobotnie przedpołudnie.
To wszystko historia. Szyny rozebrano, dawny szlak pociągów znaczą żółto-brązowe budynki stacji zagubione pośród paragwajskich stepów. Przy jednej z nich, w Sapucai, w halach zakładów z końca XIX wieku, urządzono kolejowe mauzoleum. Są tu lokomotywy z Sheffield i Glasgow, tokarki z Halifaxu, maszyny z Manchesteru, Liverpoolu, Londynu i Leeds. Pordzewiały dowód na to, że globalizacja to nie wymysł naszych czasów i tonący w zieleni pomnik minionej nowoczesności.
Ostatni parowóz zatrzymał się w Paragwaju w 1999 roku.
Gdy wyjeżdżaliśmy przez Sapucai przez najstarszy w kraju wiadukt, minął nas drewniany wóz zaprzężony w dwa ogromne, białe woły.
tekst: Bartek
To wszystko historia. Szyny rozebrano, dawny szlak pociągów znaczą żółto-brązowe budynki stacji zagubione pośród paragwajskich stepów. Przy jednej z nich, w Sapucai, w halach zakładów z końca XIX wieku, urządzono kolejowe mauzoleum. Są tu lokomotywy z Sheffield i Glasgow, tokarki z Halifaxu, maszyny z Manchesteru, Liverpoolu, Londynu i Leeds. Pordzewiały dowód na to, że globalizacja to nie wymysł naszych czasów i tonący w zieleni pomnik minionej nowoczesności.
Ostatni parowóz zatrzymał się w Paragwaju w 1999 roku.
Gdy wyjeżdżaliśmy przez Sapucai przez najstarszy w kraju wiadukt, minął nas drewniany wóz zaprzężony w dwa ogromne, białe woły.
tekst: Bartek
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Inny świat w Asunción - Loma San Geronimo
Znów trafiliśmy do Asunción w weekend, gdy centrum miasta jest kompletnie wymarłe. - Musicie iść do San Geronimo, przekonywała nas Pamela z Senatur, czyli tutejszego ministerstwa turystyki. Loma San Geronimo? To kompletnie inny świat - potwierdził recepcjonista w hostelu. I faktycznie - w pewnym momencie przerażająco puste, szerokie ulice zamieniły się w przyjemne, kolorowe uliczki. Może nie pełne ludzi, ale nie bezludne. Niska zabudowa, wąskie przejścia, kawiarnia-księgarnia, bar, ryby z grilla. Zajrzeliśmy do "La Casa del Mojito", wypiliśmy po zaskakująco mocnej caipirinii, wspięliśmy się na mirador, czyli punkt widokowy (wejście 2000 guarani) zjedliśmy pyszną potrawkę z ryby surubi, na którą wreszcie było nas stać. Okazało się, że Loma San Geronimo ożyła jakieś dwa lata temu, podobno dzięki Senatur. Dzielnica, która mogłaby (i chyba była, ale pewności nie mam) kolejną fawelą, znalazła pomysł na siebie. - Pomalowaliśmy ulice, w każdym domu powstały jakieś usługi, zaczęli pojawiać się turyści - tłumaczy nam barmanka z La Casa del Mojito". Nie ma jeszcze żadnego hostelu, a w barze do łazienki trzeba iść do prywatnego domu, ale kierunek wydaje się słuszny. Prócz tego Loma San Geronimo jest świetnie oznaczona - przy każdym wejściu widać malowane plakaty zachęcające do wizyty. W Casa del Mojito znaleźliśmy też ślady polskie - decoupage z serwetek z łowickimi kogutami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































