Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asunción. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asunción. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 kwietnia 2015
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Inny świat w Asunción - Loma San Geronimo
Znów trafiliśmy do Asunción w weekend, gdy centrum miasta jest kompletnie wymarłe. - Musicie iść do San Geronimo, przekonywała nas Pamela z Senatur, czyli tutejszego ministerstwa turystyki. Loma San Geronimo? To kompletnie inny świat - potwierdził recepcjonista w hostelu. I faktycznie - w pewnym momencie przerażająco puste, szerokie ulice zamieniły się w przyjemne, kolorowe uliczki. Może nie pełne ludzi, ale nie bezludne. Niska zabudowa, wąskie przejścia, kawiarnia-księgarnia, bar, ryby z grilla. Zajrzeliśmy do "La Casa del Mojito", wypiliśmy po zaskakująco mocnej caipirinii, wspięliśmy się na mirador, czyli punkt widokowy (wejście 2000 guarani) zjedliśmy pyszną potrawkę z ryby surubi, na którą wreszcie było nas stać. Okazało się, że Loma San Geronimo ożyła jakieś dwa lata temu, podobno dzięki Senatur. Dzielnica, która mogłaby (i chyba była, ale pewności nie mam) kolejną fawelą, znalazła pomysł na siebie. - Pomalowaliśmy ulice, w każdym domu powstały jakieś usługi, zaczęli pojawiać się turyści - tłumaczy nam barmanka z La Casa del Mojito". Nie ma jeszcze żadnego hostelu, a w barze do łazienki trzeba iść do prywatnego domu, ale kierunek wydaje się słuszny. Prócz tego Loma San Geronimo jest świetnie oznaczona - przy każdym wejściu widać malowane plakaty zachęcające do wizyty. W Casa del Mojito znaleźliśmy też ślady polskie - decoupage z serwetek z łowickimi kogutami.
niedziela, 29 marca 2015
Książka w podróży
Akcja polskich blogerów podróżniczych "Książka w podróży" ma na celu promowanie polskiej literatury za granicą. Myślę jednak, że cel jest znacznie ważniejszy - chodzi o promowanie czytania w ogóle, bo z tym, niestety, w Polsce nie jest najlepiej.
Jeśli wkładamy ciężkie książki do niewielkiego plecaka, wieziemy je przez pół świata, przenosimy z samolotu do autobusu, z autobusu do tuk-tuka, z tuk-tuka do łodzi, chodzimy z nimi po dżungli, po plaży czy po fawelach, to dlatego, że warto. Dlatego, że książki są ważne i trzeba o tym przypominać, pisać, pokazywać. "Kapuściński non-fiction" pochłonęłam na Wyspach Zatokowych w Hondurasie, w książce "Sztuka politycznego morderstwa" Francisco Goldmana zaczytywałam się w Llanes na asturyjskim wybrzeżu Hiszpanii, w Meksyku znalazłam stare, zniszczone wydanie "Anny Kareniny" i uprosiłam właścicielkę hotelu, by mi je oddała. Zdarza mi się jechać przez pół świata z książką, do której nawet nie zajrzę, ale bywa też tak, że w desperacji jestem gotowa przeczytać cokolwiek. W Semuc Champey w Gwatemali z braku innych lektur dorwałam się do taniej sensacji i przebrnęłam przez śledztwo w sprawie seryjnego gwałciciela, a gdy chorowałam w Lizbonie przez dwa dni nie oderwałam się od "Miasta i psów", jedynej książki Mario Vargasa Llosy, która mnie nie zachwyciła.
Teraz długo się zastanawiałam, co zabrać w podróż do Rio i Paragwaju. Co ostatnio zrobiło na mnie duże wrażenie, co czytałam kilkukrotnie, co chętnie przeczytałabym jeszcze raz? Wybrałam "Nowohucką telenowelę" Renaty Radłowskiej. Po pierwsze, to mój ulubiony gatunek literacki, czyli reportaż, po drugie, to książka o bardzo polskim miejscu, po trzecie, krótkie historie dobrze czyta się w podróży, po czwarte, realizm magiczny, tak jak i telenowela, narodził się w Ameryce Łacińskiej, a w "Nowohuckiej telenoweli" dużo jest magicznej rzeczywistości. Po piąte wreszcie, książka zaczyna się od najpiękniejszej opowieści o miłości, jaką znam.
Trochę mi było żal zostawiać ją tak daleko od domu, ale mam nadzieję, że trafi w dobre ręce. Można ją czytać od początku, od końca, od środka. Można otworzyć w dowolnym momencie i zachwycić się pięknem czyichś słów albo niezwykle zauważonym szczegółem. Książka czeka na nowego właściciela/właścicielkę w hostelu Arandu. Adres: 15 de Agosto 783, Asunción, Paragwaj.

Jeśli wkładamy ciężkie książki do niewielkiego plecaka, wieziemy je przez pół świata, przenosimy z samolotu do autobusu, z autobusu do tuk-tuka, z tuk-tuka do łodzi, chodzimy z nimi po dżungli, po plaży czy po fawelach, to dlatego, że warto. Dlatego, że książki są ważne i trzeba o tym przypominać, pisać, pokazywać. "Kapuściński non-fiction" pochłonęłam na Wyspach Zatokowych w Hondurasie, w książce "Sztuka politycznego morderstwa" Francisco Goldmana zaczytywałam się w Llanes na asturyjskim wybrzeżu Hiszpanii, w Meksyku znalazłam stare, zniszczone wydanie "Anny Kareniny" i uprosiłam właścicielkę hotelu, by mi je oddała. Zdarza mi się jechać przez pół świata z książką, do której nawet nie zajrzę, ale bywa też tak, że w desperacji jestem gotowa przeczytać cokolwiek. W Semuc Champey w Gwatemali z braku innych lektur dorwałam się do taniej sensacji i przebrnęłam przez śledztwo w sprawie seryjnego gwałciciela, a gdy chorowałam w Lizbonie przez dwa dni nie oderwałam się od "Miasta i psów", jedynej książki Mario Vargasa Llosy, która mnie nie zachwyciła.
Teraz długo się zastanawiałam, co zabrać w podróż do Rio i Paragwaju. Co ostatnio zrobiło na mnie duże wrażenie, co czytałam kilkukrotnie, co chętnie przeczytałabym jeszcze raz? Wybrałam "Nowohucką telenowelę" Renaty Radłowskiej. Po pierwsze, to mój ulubiony gatunek literacki, czyli reportaż, po drugie, to książka o bardzo polskim miejscu, po trzecie, krótkie historie dobrze czyta się w podróży, po czwarte, realizm magiczny, tak jak i telenowela, narodził się w Ameryce Łacińskiej, a w "Nowohuckiej telenoweli" dużo jest magicznej rzeczywistości. Po piąte wreszcie, książka zaczyna się od najpiękniejszej opowieści o miłości, jaką znam.
Trochę mi było żal zostawiać ją tak daleko od domu, ale mam nadzieję, że trafi w dobre ręce. Można ją czytać od początku, od końca, od środka. Można otworzyć w dowolnym momencie i zachwycić się pięknem czyichś słów albo niezwykle zauważonym szczegółem. Książka czeka na nowego właściciela/właścicielkę w hostelu Arandu. Adres: 15 de Agosto 783, Asunción, Paragwaj.

P.S. Mój bagaż wcale nie jest lżejszy o książkę. Bartek kupił mi dziś piękną "Mafaldę", na szczęście niedużą.
sobota, 28 marca 2015
Asunción
Cały dzień włóczyliśmy się po Asunción. Cały czas zastanawiałam się, czy to miasto jest interesująco brzydkie, czy po prostu brzydkie. Stare kamienice, które kiedyś musiały być ładne, zdezelowane autobusy, wszystko podniszczone i w rozsypce. Śmieci na ulicach, obdrapane mury, ubrania z poliestru na targu. Z drugiej strony ludzie z termosami i mate w swoich guampas, dużo graffiti. I ani jednego turysty, ale w sobotni wczesny wieczór centrum jest wymarłe, a w knajpach lodowato, bo wszędzie działa klimatyzacja. Pewnie pochmurna pogoda też nie dodaje miastu uroku.
Na koniec najmocniejszy widok. Początkowo myślałam, że to pomnik upamiętniający niewolę Indian, ale okazało się, że nie. To tylko rzeźby przypięte łańcuchami przed sklepem z pamiątkami. Folklor.
poniedziałek, 23 marca 2015
Przez interior do Asunción
Po 22 godzinach w rozklekotanym autobusie (z których jakieś 20 przespałam, bardzo wygodnie było) dotarliśmy do granicy brazylijsko-paragwajskiej. Byliśmy jedynymi turystami, więc w biurze informacji turystycznej na przejściu granicznym stanowiliśmy dużą radość. Cztery osoby w dwóch językach postanowiły zaopatrzyć nas we wszelkie niezbędne i zbędne foldery na temat Paragwaju. Dalej było jeszcze 6 godzin jazdy najważniejszą drogą w kraju (poniżej) i tak dotarliśmy do Asunción.


Subskrybuj:
Posty (Atom)
































