sobota, 12 marca 2016
W bahamskim buszu, George Town 2
piątek, 4 marca 2016
George Town, Bahamy
Msza na plaży. Kilkadziesiąt osób siedzi na drewnianych
ławkach na plaży. Słuchają. Na koniec wstają i tworzą spory krąg. Są różnych
wyznań i w różnym wieku, choć przeważają ci trochę starsi. Jedni mają długie
brody i rozwichrzone włosy, inni zniszczone kapelusze, kobiety są w szortach i
kolorowych bluzkach. Łączą ich dwie rzeczy. Pierwsza – wszyscy przypłynęli tu z
zacumowanych na błękitnych wodach łódek. Druga – wszyscy są biali, choć twarze
mają ogorzałe od słońca i wiatru. Amerykanie, Kanadyjczycy, Francuzi, Niemcy,
Polacy. George Town to mekka żeglarzy, miejsce opiewane w ich morskich
opowieściach. I świat nieco równoległy wobec rzeczywistości czarnych
miejscowych. Nawet fizycznie mało jest przestrzeni do spotkań, właściwie tylko
supermarket. Po zakupach żeglarze przenoszą się na rajską wysepkę naprzeciwko
miasteczka.
To właśnie tam w niedziele odbywa się msza wielowyznaniowa. Po
południu jest wykład o życiu płaszczek albo roślinach leczniczych, czasem
spotkanie informacyjne o żeglowaniu na Kubę. Jeśli pogoda na to pozwala, od
poniedziałku do soboty żeglarze spotykają się na plaży, aby wspólnie poćwiczyć
jogę. Kiedy woda jest zbyt rozhuśtana, małe łódeczki zwane dinghy mają problem
w pokonaniu fal. Wtedy wszyscy siedzą na swoich łódkach. Codziennie o 8 rano przez radio można wysłuchać
prognozy pogody, poprzedzonej zwyczajowym żarcikiem, później są ogłoszenia
drobne. Ktoś potrzebuje maszynki do golenia, komuś zepsuł się generator prądu,
ktoś szuka opiekunów dla kota na trzy tygodnie (za naszej bytności
bezskutecznie). Są też powitania i pożegnania. Pani z „Błękitnego Raju” niezmącenie
pogodnym głosem informuje o możliwości zakupu koszulek regatowych, ktoś
zaprasza na siatkówkę albo pokera. W George Town tworzy się żeglarska
wspólnota, chyba dlatego ludzie wracają tu latami, choć takich miasteczek na
Bahamach jest znacznie więcej. Niektóre są bardziej kolorowe, czystsze, palmy ładniej
wyginają się na wietrze, ale żeglarze pokochali właśnie George Town. To chyba
też jedno z lepszych miejsc, gdzie można załapać się na jachtostop, a z Nassau
co drugi dzień kursują tu szybkie promy (tzw. fast ferries – płyną około 12
godzin), a we wtorki przypływa statek pocztowy (podróż trwa ok. 15 godzin,
polecam!).
Poza żeglarską wspólnotą w George Town i okolicach jest
chyba wszystko, co powinno być na Bahamach – piasek, turkusowa woda, palmy,
hamaki, ogromne muszle, bar na plaży. I właściwie nic więcej. Myślę, że dla
wielu osób nic więcej jest kluczowe.
środa, 2 marca 2016
Bahamy, drugie podejście
Sześć lat temu ruszyliśmy z Titusville, miasteczka w Stanach
trochę poniżej Orlando, na południe. Płynęliśmy Intracoastal Waterway, szlakiem
prowadzącym przez rzeki, kanały i rozlewiska, ciągnącym się wzdłuż atlantyckiego
wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Po kilku dniach mieliśmy wyjść na ocean i ruszyć
na Bahamy. Mój Tata remontuje żaglówki i pracuje przy deliveries - przeprowadza jachty z miejsca na miejsce. Trasę na
Bahamy pokonał wiele razy, bardzo chciał nas tam zabrać. Łódź nazywała się Tota
– to Ta jedyna, wymarzona, nasza. W wigilię Bożego Narodzenia 2009 roku byliśmy
gotowi. Szarym, nieprzyjemnym świtem podnieśliśmy kotwicę, ahoj przygodo,
płyniemy. Na silniku, z postawionym grotem, pod prąd. Fale były nieduże, ale
strome, wiał umiarkowany wiatr. Najpierw szurnęliśmy o dno, potem było już
tylko gorzej.
Myślałam, że uda mi się pisać na bieżąco, ale dostęp do internetu mamy tu ograniczony i, prawdę mówiąc, nie bardzo o niego walczymy. Fajnie jest nie wiedzieć, co się dzieje na świecie i martwić się tylko falą i wiatrem. Pozdrawiamy z Bahamów!
W wąskim wyjściu na ocean po obu stronach ciągnęły się
skały, fale rzucały nami w górę i w dół, w najgorszym momencie przestał działać
silnik. Stałam za kołem sterowym i szacowałam nasze szanse na przeżycie. Nigdy
wcześniej tak bardzo się nie bałam. Mój Tata przejął ster i jakoś wyprowadził
łódź na szeroką wodę. Postawiony grot nas uratował, ale silnika nie dało się
już uruchomić. Po godzinie bujania się na rozhuśtanym oceanie zawróciliśmy i
rzuciliśmy kotwicę w Lake Worth, bezkształtnym amerykańskim czymś z dużym
supermarketem, warownymi osiedlami i brakiem pieszych na ulicach. Tak
zakończyła się nasza pierwsza podróż na Bahamy. Dwa tygodnie spędziliśmy na
kotwicy, czekając na części do silnika, marznąc, bo była zima stulecia, i
grając w karty. Moi Rodzice, B. i ja na kilkunastu metrach kwadratowych.
Paradoksalnie dla mnie było super, choć szkoda mi było tej wyczekiwanej
podróży. W styczniu B. i ja, zgodnie z wcześniejszym planem, polecieliśmy do
Meksyku. Silnik ciągle nie działał.
W 2010 roku moi Rodzice sprzedali Totę, uznaliśmy, że była
pechowa. Kupili trochę większy jacht do całkowitego remontu. Od tego czasu znów
zaczęliśmy planować wyprawę na Bahamy, ale prace przy łódce przeciągały się w
nieskończoność. Mijały kolejne lata i ciągle odkładaliśmy podróż, tłumacząc
sobie, że za rok to już na pewno. I tak, po wielu kłopotach, w tym roku w lutym
spotkaliśmy się w Georgetown, maleńkim miasteczku na Bahamach. Łódź nazywa się
Tomoya, przez „y”, żeby Amerykanie mogli ją prawidłowo przeczytać. Pływamy.
wtorek, 16 lutego 2016
poniedziałek, 15 lutego 2016
Nagość po amerykańsku
Kabaretki, bokserki, gorsety, biustonosze - i obowiązkowo para adidasów, choć widzieliśmy też kilka zawodniczek w butach na obcasie. Na metę dotarli wszyscy, bo w Cupid's Undie Run w Miami do pokonania była tylko nieco ponad mila, a nikt nie zawracał sobie głowy mierzeniem czasu. W przeddzień walentynek w dzielnicy Wynwood odbył się bieg w bieliźnie. To zobowiązuje - na ulicach pojawiły się rozebrane kobiety. Większość była najbardziej ubranymi rozebranymi kobietami, jakie widziałam. Niektóre nie miały odsłoniętego nawet skrawka ciała, choć był upał, inne były nieco odważniejsze. Byli też półnadzy mężczyźni. Przy okazji walentynek uświadomiłam sobie jedną dziwną rzecz - przez parę dni w Miami nie widziałam ani jednej pary, która by się całowała lub okazywała sobie czułość w jakiś bardziej spektakularny sposób. Na niebie pojawił się za to samolot z oświadczynami - widocznie pewne rzeczy wypada robić publicznie, a innych nie wypada.
wtorek, 9 lutego 2016
Muzyka Ameryki, czyli 10 muzycznych przebojów, które poznałam w podróży (i które lubię) i jeden film
Ameryka Środkowa wcale nie rozbrzmiewa salsą ani piosenkami mariachi. Rzadko też spotyka się muzykę określaną u nas mianem latino. W Meksyku najczęściej słyszeliśmy reggaeton, corridos, w tym bardzo popularne narcocorridos, czyli ballady opowiadające o handlarzach narkotykami, i dość koszmarny pop. W Gwatemali zaś reggaeton przegrał z kretesem z muzyką banda, czyli meksykańskim odpowiednikiem disco-polo (chyba w całej Ameryce Środkowej słucha się głównie zespołów meksykańskich, meksyko-disco-polo dopadło nas też w Paragwaju). O banda i corridos napiszę jednak kiedy indziej, teraz chciałam skupić się na zupełnie innej muzyce, rzadko puszczanej w autobusach i sklepach. Poniżej krótka historia naszej przygody z Amerykami w piosenkach. Utwory, które sprawiają, że tęsknię i chcę wracać. Posłuchajcie!
1. La bruja, Conjunto Jardín
Przed naszym pierwszym wyjazdem do Meksyku, ktoś kupił nam płytę Putumayo Mexico. Chyba początkowo słuchaliśmy jej bez większego entuzjazmu, ale szybko się uzależniliśmy. La Bruja to tradycyjna pieśń meksykańska ze stanu Veracruz i jednocześnie walczyk przywieziony z Europy.
2. America Latina, Calle 13
Coś jak hymn latynoamerykański. Zawsze kiedy ją słyszę mam ciarki. Piosenka nagrana przez puertorykańskiego rapera ze wspaniałą Susaną Baką z Peru, Totó la Momposina z Kolumbii i Marią Ritą z Brazylii. Patos, którego nie wybaczyłabym nikomu innemu i moc sprawiająca, że chcę rzucać wszystko i jechać do Ameryki. Kiedyś namówię B. na tłumaczenie.
3. A la orilla del mar, Los de Abajo
Kiedy byliśmy po raz pierwszy w Meksyku, 14 lutego przez przypadek trafiliśmy na ogromny koncert na zócalo, głównym placu w Mieście Meksyk. I tam grali oni, Los de Abajo. Cały plac wypełniała alternatywna młodzież, wśród której obowiązywał wówczas styl emo. Dwa lata później Los de Abajo zagrali w Lublinie, a po koncercie mieliśmy okazję uściskać im ręce. Chyba nigdy nie bawiłam się na koncercie tak świetnie, jak wtedy w Lublinie.
4. La Noche, Cafe Tacuba
Zespół, który polecił mi chłopak w San Cristóbal na targu. Właściwie lubię tylko tę piosenkę.
5. La Tierra, z filmu Corazón del Tiempo
Zapatystowska historia miłosna, Romeo i Julia z Selva Lacandona. Na film "Corazón del Tiempo" poszliśmy w San Cristóbal i od razu zakochaliśmy się w ścieżce dźwiękowej, stworzonej m.in. przez hiszpański zespół Ojos del Brujo albo przynajmniej jego część. Film w całości można obejrzeć na You Tubie.
6. La voz polular, Dr Sativo
Coś jak gwatemalski Manu Chao - zachęcał nas znajomy w San Pedro la Laguna w Gwatemali, kiedy zastanawialiśmy się, czy iść na koncert Dra Sativo. Było świetnie, muzyk okazał się być skumulowaną energią. Nagrania oficjalne nie do końca oddają, co się wtedy działo, ale La voz popular daje radę.
7. Mujer de Nicolas, Los Nacionales de Jacinto Gatica
W San Cristóbal grają dużo muzyki na żywo. W pewnym momencie bardzo popularne zrobiło się son jarocho, czyli tradycyjna muzyka z Veracruz. Na nagraniu typowa piosenka son jarocho w jednej z wielu wersji.
8. Ya va a empezar Cumbia Chicharra
To było w hostelu La Candelaria (cudny, polecam!) w Valladolid na Jukatanie. Siedzieliśmy przy śniadaniu z parą francusko-meksykańską. Opowiadałam coś o robieniu zdjęć miejscowym (wtedy podchodziłam do sprawy ortodoksyjnie i z tego wyjazdu mam same portrety), śmialiśmy się. Francuz był muzykiem z Marsylii, ale zakochał się w Meksykance i nie wiedział, co ma dalej robić. Na pożegnanie dostaliśmy od niego płytę jego zespołu "La Cumbia Chicarra".
9. La vida es un carnaval, Celia Cruz
Klasyka muzyki latino. W Meksyku najczęściej słyszeliśmy ją puszczaną na cały regulator w aptekach. Nie umiem znaleźć związku.
10. Quedate aqui, Salma Hayek
To trochę naciągany wybór, ale podobno w tytule ma być liczba nieparzysta albo 10, a 10 wygląda jednak lepiej niż 9. Ale piosenka trochę się łączy z podróżą - kiedy jeszcze nie mówiłam ani słowa po hiszpańsku, rozpisałam sobie ją fonetycznie i uczyłam się na pamięć, to był mój pierwszy kontakt z tym językiem. Potem wyjechałam do Hiszpanii, a stamtąd droga prowadziła już prosto do Ameryki Łacińskiej.
1. La bruja, Conjunto Jardín
Przed naszym pierwszym wyjazdem do Meksyku, ktoś kupił nam płytę Putumayo Mexico. Chyba początkowo słuchaliśmy jej bez większego entuzjazmu, ale szybko się uzależniliśmy. La Bruja to tradycyjna pieśń meksykańska ze stanu Veracruz i jednocześnie walczyk przywieziony z Europy.
2. America Latina, Calle 13
Coś jak hymn latynoamerykański. Zawsze kiedy ją słyszę mam ciarki. Piosenka nagrana przez puertorykańskiego rapera ze wspaniałą Susaną Baką z Peru, Totó la Momposina z Kolumbii i Marią Ritą z Brazylii. Patos, którego nie wybaczyłabym nikomu innemu i moc sprawiająca, że chcę rzucać wszystko i jechać do Ameryki. Kiedyś namówię B. na tłumaczenie.
3. A la orilla del mar, Los de Abajo
Kiedy byliśmy po raz pierwszy w Meksyku, 14 lutego przez przypadek trafiliśmy na ogromny koncert na zócalo, głównym placu w Mieście Meksyk. I tam grali oni, Los de Abajo. Cały plac wypełniała alternatywna młodzież, wśród której obowiązywał wówczas styl emo. Dwa lata później Los de Abajo zagrali w Lublinie, a po koncercie mieliśmy okazję uściskać im ręce. Chyba nigdy nie bawiłam się na koncercie tak świetnie, jak wtedy w Lublinie.
4. La Noche, Cafe Tacuba
Zespół, który polecił mi chłopak w San Cristóbal na targu. Właściwie lubię tylko tę piosenkę.
5. La Tierra, z filmu Corazón del Tiempo
Zapatystowska historia miłosna, Romeo i Julia z Selva Lacandona. Na film "Corazón del Tiempo" poszliśmy w San Cristóbal i od razu zakochaliśmy się w ścieżce dźwiękowej, stworzonej m.in. przez hiszpański zespół Ojos del Brujo albo przynajmniej jego część. Film w całości można obejrzeć na You Tubie.
6. La voz polular, Dr Sativo
Coś jak gwatemalski Manu Chao - zachęcał nas znajomy w San Pedro la Laguna w Gwatemali, kiedy zastanawialiśmy się, czy iść na koncert Dra Sativo. Było świetnie, muzyk okazał się być skumulowaną energią. Nagrania oficjalne nie do końca oddają, co się wtedy działo, ale La voz popular daje radę.
7. Mujer de Nicolas, Los Nacionales de Jacinto Gatica
W San Cristóbal grają dużo muzyki na żywo. W pewnym momencie bardzo popularne zrobiło się son jarocho, czyli tradycyjna muzyka z Veracruz. Na nagraniu typowa piosenka son jarocho w jednej z wielu wersji.
8. Ya va a empezar Cumbia Chicharra
To było w hostelu La Candelaria (cudny, polecam!) w Valladolid na Jukatanie. Siedzieliśmy przy śniadaniu z parą francusko-meksykańską. Opowiadałam coś o robieniu zdjęć miejscowym (wtedy podchodziłam do sprawy ortodoksyjnie i z tego wyjazdu mam same portrety), śmialiśmy się. Francuz był muzykiem z Marsylii, ale zakochał się w Meksykance i nie wiedział, co ma dalej robić. Na pożegnanie dostaliśmy od niego płytę jego zespołu "La Cumbia Chicarra".
9. La vida es un carnaval, Celia Cruz
Klasyka muzyki latino. W Meksyku najczęściej słyszeliśmy ją puszczaną na cały regulator w aptekach. Nie umiem znaleźć związku.
10. Quedate aqui, Salma Hayek
To trochę naciągany wybór, ale podobno w tytule ma być liczba nieparzysta albo 10, a 10 wygląda jednak lepiej niż 9. Ale piosenka trochę się łączy z podróżą - kiedy jeszcze nie mówiłam ani słowa po hiszpańsku, rozpisałam sobie ją fonetycznie i uczyłam się na pamięć, to był mój pierwszy kontakt z tym językiem. Potem wyjechałam do Hiszpanii, a stamtąd droga prowadziła już prosto do Ameryki Łacińskiej.
czwartek, 28 stycznia 2016
Dzień na targu w Chichi, Gwatemala
Gwatemala żyje targami. Chaotyczne i wszechobecne ubarwiają niemal każde miasto, miasteczko i wioskę. Wylewają się z głównych placów, wypełniają uliczki. Czasem można się na nich zaopatrzyć we wszystko, czego dusza zapragnie, czasem oferują tylko kapustę, cebulę i rzodkiew..
Największy targ Gwatemali
W
Chichicastenango, w departamencie Quiché, odbywa się jeden z największych gwatemalskich
targów. W przewodnikach turystycznych opisywany jest jako najciekawszy i
najbardziej kolorowy, dlatego każdy, kto przyjeżdża do Gwatemali, chce go
odwiedzić. Spokojne, liczące 45 000 mieszkańców Chichi, jak w skrócie
nazywane jest miasto, dwa razy w tygodniu przeżywa prawdziwe oblężenie. W
czwartki i niedziele, czyli dni targowe, pojawiają się tu tłumy obcokrajowców,
którzy chcą to niezwykłe zjawisko zobaczyć, poczuć i sfotografować.
Aby poznać Chichi nieogarnięte targowym szaleństwem, warto przyjechać
dzień wcześniej, podobnie jak część sprzedawców. Wieczorem można powłóczyć się
po ożywionych ulicach, pełnych wózków ze smażonym kurczakiem i frytkami, a rano
popatrzeć, jak ogromny targ powoli budzi się do życia i rozciąga swoje macki,
wypełniając szczelnie ulice i skwery. Główny plac jest zastawiony straganami
przez cały tydzień, co niestety nie dodaje miastu urody. Z morza plastikowych
płacht i prowizorycznych dachów wyrastają gdzieniegdzie wysokie drewniane
słupy, na których w dzień targowy zawisną narzuty na łóżka lub obrusy i
ubrania. Niektórzy sprzedawcy nocują na swoim straganie, aby jak najwcześniej
móc go przygotować.

Gwatemalskie śniadanie
Pierwsze
otwierają się liczne „bary”. Niektóre z nich to skromne garkuchnie, wokół
których w dużym ścisku zasiadają klienci, inne przypominają spore jadłodajnie z
rzędami stołów i ławek. We wszystkich przy parujących kotłach i garnkach uwijają
się grupki kobiet. „Pan con verduras”
– krzyczy młody chłopak, któremu nie udało się dopchnąć do stołu. Dziewczyna w
czarnej bluzce i fartuchu w kratę szybko smaruje bułkę pastą z jednego z
garnków i podaje ją nad głowami innych klientów. W zamian dostaje odliczoną
kwotę. Większość bywalców zna na pamięć zarówno jadłospis, jak i ceny – nie
należy się spodziewać karty dań, a na opisywanie potraw nie ma czasu. Zazwyczaj
prócz kanapek można zamówić ryż na mleku, caldo,
czyli rosół, ryż, wszechobecną fasolę oraz tamales
i chuchitos – zawiniętą w liście
kukurydzy lub bananowca masę kukurydzianą z nadzieniem mięsnym i delikatnym
pomidorowym sosem. To jeden z największych targowych przysmaków. Do tego
podawana jest kawa, która w rzeczywistości jest raczej napojem kawowym czy, jak
mówią czasem Gwatemalczycy, té de café - herbatą
z kawy. Faktycznie, uliczna kawa przypomina raczej herbatę – jest bardzo słaba
i mocno posłodzona. Przygotowuje się ją z najsłabszej jakości ziaren, które nie
nadają się na eksport, oraz łupinek i innych odpadów kawowych. Napój, choć nie
stawia na nogi jak mała czarna, jest całkiem smaczny. Tuż obok baru kobiety
wokół okrągłej blachy postawionej na ogniu przygotowują i smażą tortille z masy
kukurydzianej. W Gwatemali zazwyczaj są to niezbyt duże i stosunkowo grube
placki, formowane w rękach. Przy stoiskach z tortillami rozlega się
charakterystyczny, miarowy dźwięk ich wyklepywania.
Targ na kościelnych schodach
O wpół do ósmej
rano gotowe do pracy są sprzedawczynie kwiatów zajmujące całe schody Iglesia de
Santo Tomás, czyli kościoła pod wezwaniem św. Tomasza, patrona miasta. O tej
porze słońce powoli wychodzi zza kościoła i ostre promienie padają na
kwiaciarki, przygotowujące pęki mieczyków i chryzantem. Kwiaty służą głównie do
celów religijnych i ludzie kupują je przed wejściem do świątyni. Rano w Chichi
panuje jeszcze lekki chłód i kobiety na oryginalne, tradycyjne stroje mają
zarzucone nijakie swetry. Nie widać jeszcze piękna misternie tkanych bluzek z wzorami
geometrycznymi i kwiatami. W okolicach Chichicastenango w huipilach, czyli
indiańskich bluzkach, przeważa kolor różowy i czerwony, do tego nosi się
spódnice nieco krótsze niż w innych częściach kraju, sięgające do kolana lub
połowy łydki. Materiałom, z których wykonane są bluzki, warto się przyjrzeć z
bliska na którymś z licznych stoisk z tradycyjnymi ubraniami. Tutejsze huipile
należą chyba do najpiękniejszych w Gwatemali.
Na schodach do kościoła prócz ożywionego handlu kwiatami od rana do
wieczora odbywają się modły. Kobiety i mężczyźni okadzają wejście do świątyni.
Wokół roznosi się aromatyczny zapach żywicy, a z kadzideł buchają kłęby dymu.
Niektórzy wierni skrapiają posadzkę kościoła i niewielkie ognisko przed nim
alkoholem. Choć większość Gwatemalczyków należy do Kościoła katolickiego lub
różnych sekt protestanckich, odprawiane przez nich rytuały wywodzą się często z
dawnych wierzeń. W Chichi księża odprawiają msze, a cofrades, starsi członkowie bractw religijnych, zajmują się innymi
posługami. Przy odrobinie szczęściach można zobaczyć, jak modlą się lub obnoszą
w procesji święte figury, przybrane kolorowymi piórami, taśmami i lusterkami.
Święci mają na sobie tradycyjne stroje, podobnie jak sami cofrades. Procesjom najczęściej towarzyszą dźwięki trąbki i uderzeń
w bęben.

Mydło i powidło
Przed schodami
do kościoła szybkim krokiem przemykają cargadores.
To ludzie zatrudniani do przenoszenia towarów, dźwigający na plecach ogromne
pakunki. Dzięki nim ulice wokół placu wypełniają się towarami. Ich praca, choć
ciężka, nie jest dobrze płatna ani prestiżowa. Kierując się do dalszych rewirów
targu, przebiegają przez plac pośród otwierających się kramów.
Około ósmej rano towary na większości stoisk są już rozłożone. Nie jest to
jeszcze godzina przyjazdu wycieczek, dlatego sprzedawcy nie są zbyt ożywieni i
nachalni. Dopiero za parę godzin będą musieli zacząć walczyć o klientów. Tylko niektórzy
starają się zachwalać swój towar i zachęcać „porannymi promocjami”. Gdy pojawi
się więcej turystów, ceny znacząco wzrosną.
Przy głównym placu stoi Centro
Comercial – hala targowa przez cały dzień oblegana przez Indian z
okolicznych wiosek. W jej wnętrzu piętrzą się skrzynki z pomidorami, stosy
melonów i ogromne piramidy kalafiorów, zaś pod ścianami stoją worki z
kukurydzą. Wąskie alejki wypełniają sprzedawcy i kupujący w tradycyjnych
strojach. Tak musiał wyglądać cały targ w Chichicastenango, zanim zaczął
przyciągać setki obcokrajowców. Dziś poza halą warzywno-owocową króluje już
zupełnie inny asortyment, dopasowany do potrzeb nowej klienteli. Stragany
uginają się pod ciężarem biżuterii ze srebra i kamieni półszlachetnych, ozdób z
małych kolorowych koralików i rzekomo starych monet. Na drewnianych
rusztowaniach rozwieszone są przepiękne tęczowo-pasiaste kapy i narzuty
wykonane ze zszytych fragmentów huipili z różnych części kraju. Obok nich widać
żakiety z haftami imitującymi wzory z Nebaj. Gdzie indziej powiewają obrusy z
barwnymi kwiatami i ptakami, tkaniny z okolic Sololá, ręcznie tkane szale i
ubrania, które nie mają już wiele wspólnego z indiańską tradycją. Stoły
zastawione są niekończącymi się rzędami maskotek w kolorowe paski,
wyglądającymi jak przywiezione wprost z chińskiej fabryki. Wszędzie można też
zobaczyć drewniane maski produkowane w samym Chichi. Rękodzieło i pamiątki nie
zawładnęły jednak targiem niepodzielnie. Ciągle można tu jeszcze trafić na
stragany z suszonymi rybkami i krewetkami o mdłym zapachu, a także ze świecami
i aromatyczną żywicą do kadzidła. Staruszkowie z zabytkowymi wagami sprzedają
sól i wapno, niezbędne do wyrobu tortilli. Na obrzeżach targu można kupić żywe
kurczaki oraz rozmaite rupiecie, a pod arkadami ratusza usypane są ogromne
kopce kukurydzy. Trudno się oprzeć pokusie, aby wsunąć ręce w te góry
wysuszonego ziarna, które tu ma kolor biały lub szaro-niebieski.
Godziny szczytu
Turyści
pojawiają się przed południem. Przyjeżdżają w zorganizowanych wycieczkach z
największych ośrodków turystycznych Gwatemali – Quetzaltenango i znad jeziora
Atitlán. Tylko nieliczni decydują się na przyjazd razem z miejscowymi lokalnym
autobusem. Bajkowo pomalowane chickenbusy, czyli dawne amerykańskie autobusy
szkolne, zajeżdżają do Chichi wypełnione po brzegi. Na siedzeniach, które
niegdyś zajmowało dwoje dzieci, dziś siedzą ściśnięte całe gwatemalskie rodziny
w cztery albo nawet pięć osób. Na miejscu wysypują się z pojazdu i mieszają z
turystami.
Na targu robi się tłoczno, a w sprzedawców wstępują nowe siły. Obok
żadnego stoiska z rękodziełem nie da się przejść spokojnie – „Zapraszamy,
zapraszamy, są różne kolory, co się państwu podoba, sin compromiso” przekrzykują się nawzajem. „Sin compromiso” to zwrot-pułapka – „bez zobowiązań”, można wszystko
obejrzeć, pomacać, przymierzyć, później jednak trudno się wycofać z zakupu.
Sprzedawcy potrafią gonić klientów przez pół targu, zachwalając im swój towar i
powoli schodząc z ceny.

Triki handlowe
Małe dziewczynki
z poważnymi minami prezentują naszyjniki z ceramicznymi wisiorkami-laleczkami.
Ich starsi bracia chwalą się znajomością kilku słów po angielsku: „Where are
you from?”, „Special price, special price for you, sin compromiso!”. Targowi
szarlatani głośnym krzykiem zachęcają do zakupu leku na porost włosów lub
oczyszczających organizm ziół, a miejscowi kaznodzieje nawracają zagubione
owieczki, wymachując niewielkimi, zniszczonymi Bibliami. W niemal każdej alejce
można spotkać handlarki materiałów i huipili. „Tanio, bardzo tanio 600… tylko
600 quetzali, quetzali nie dolarów” zachęcają przechodniów. Jeden dolar to
około 8 quetzali, a sprzedawcy żonglują walutą, jak im wygodniej. „Za 50 mogą
mieć państwo ten piękny szal… za 30… 20… 10… no dobrze osiem… dolarów.”.
Najczęściej ceny podawane są quetzalach, dlatego nietrudno się nabrać na tego
rodzaju triki. Targ w Chichicastenango to jedno z niewielu miejsc w Gwatemali,
gdzie z czystym sumieniem można się targować, chociaż trudno zgadnąć, jaka cena
jest uczciwa. „Tylko 400 quetzali, tanio” pulchna handlarka zachęca do kupienia
ozdobnej tkaniny dwie młode Amerykanki. Po chwili sprzedaje ją starszemu
Francuzowi z aparatem na szyi za… 600. Cena potrafi spaść ze 100 dolarów do 40,
a gdy klient wykaże zbyt duże zainteresowanie – ponownie wzrosnąć. Trudno jest
się temu dziwić – każdy stara się zarobić na przyjezdnych ze Stanów czy Europy,
a ci pojawiają się zaledwie na kilka godzin. Około drugiej, trzeciej nie ma już
po nich śladu. Wówczas ceny znowu spadają, a sprzedawcy odzyskują spokój.
Do następnego targu
Po południu
handlarze zaczynają się powoli zbierać. Podliczają zarobione pieniądze i ładują
towary do starych pikapów. Następnego dnia wielu z nich jedzie na kolejne, już
mniej znane targi w innych miastach i miasteczkach – San Francisco El Alto czy
Totonicapán. Inne miejsca nie są tak oblegane przez obcokrajowców jak
Chichicastenango, choć często bywają nie mniej ciekawe.
O zachodzie większość straganów jest
już zwinięta, tylko w alejkach zostają porozrzucane resztki opakowań i
obgryzione kolby kukurydzy, a bezdomne psy węszą za czymś do jedzenia. Ostatnie
promienie słońca padają na schody kościoła Santo Tomas, z którego dawno już
zniknęły handlarki kwiatów. Zostało tylko kilka kobiet z dymiącymi
kadzielnicami. Chichicastenango z powrotem zamienia się w miasto, gdzie życie
toczy się nieśpiesznym rytmem, aż do następnego dnia targowego. Słońce zachodzi
za Calvario, niewielkim, białym kościółkiem naprzeciwko św. Tomasza, a ulice
pustoszeją.
Tekst ukazał się kiedyś w magazynie FotoGea. Zdjęcia pochodzą z trzech podróży do Gwatemali, za każdym razem odwiedzaliśmy Chichicastenango. Ich układ jest moją rozpaczliwą i bezskuteczną próbą okiełznania bloggera...
czwartek, 21 stycznia 2016
Paragwaj w "Podróżach"
Kolejny artykuł o Paragwaju, tym razem w lutowym numerze magazynu "Podróże". Ruszamy z Asunción i jedziemy przez południową część kraju. Wspaniała wyprawa. Polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































