czwartek, 13 listopada 2014

Nahá

 

Selva Lacandona

Na spacer po selwie, tak jak trzy lata temu, zabrał nas Bor el Mudo. Bor nie mówi i nie słyszy, ale stara się opowiedzieć bardzo dużo rzeczy. Graliśmy więc w nieustające kalambury, bez informacji zwrotnej i w oparciu o różne kody kulturowe. Mimo to myślę, że dużo udało nam się zrozumieć. Wiedzieliśmy czego nie należy dotykać, a które rośliny można jeść. W miejscach, gdzie ścieżka zarosła, Bor wycinał przejście maczetą. Chociaż wiem, że Bor świetnie zna dżunglę, momentami czułam się dziwnie nie mogąc ustalić, gdzie idziemy (wyprawy z Borem to jednak zawsze pewna niewiadoma), o której wrócimy, itp. No i nie dało się zadać nieśmiertelnego pytania "daleko jeszcze?". Ale i tak nastąpił pewien progres od poprzedniej wyprawy - tym razem Bor nie paradował w plastikowych klapkach. Niestety nie miał też eleganckiej garniturowej kamizelki, w której oprowadzał nas po okolicy trzy lata temu.

piątek, 7 listopada 2014

Kazania o grzybach i pomidorach

I Bóg dał nam całe to bogactwo: platanitos (bananki), tomatitos (pomidorki), chayotes (warzywo z kolczastą zieloną skórką), nie po to, żebyśmy cierpieli głód. Trzeba tylko pracować, mieć chęci do pracy. A idą ciężkie czasy. Więc z bożą pomocą korzystajmy z tego, co mamy! Niech Bóg wam błogosławi! Alfonso przemawia jak natchniony pastor, ale jest kimś zupełnie innym. We współpracy z różnymi fundacjami przekonuje miejscowych na biednej prowincji, żeby nauczyli się uprawiać własne owoce, warzywa i grzyby, hodować kury czy wyrabiać proste meble. Miejscowi nie zawsze są przekonani, więc Alfonso potrafi godzinami rozprawiać o dobroci Boga, przemycając wiedzę na temat upraw. Namawia ich także do korzystania z naturalnych nawozów i kompostu, bo przecież nie po to Bóg dał nam ziemię, żebyśmy ją truli. Wczoraj pojechałam z nim do Yetón i przyglądałam się skomplikowanej dynamice tutejszych relacji. Przy okazji dowiedziałam się, że Biblia mówi wyraźnie, że odpoczywać trzeba w sobotę, bo niedziela to pierwszy (roboczy najwyraźniej) dzień tygodnia. Faktycznie, w meksykańskich kalendarzach niedziela występuje na początku tygodnia.

środa, 5 listopada 2014

po drodze

 Meksykanie mają dość. Korupcji, niewyjaśnionych zaginięć, łamania ich podstawowych prawa, biedy spowodowanej napływem tańszej, modyfikowanej genetycznie żywności. I protestują. A jedną z bardziej popularnych form protestu są blokady dróg. Dziś może stanąć cały kraj, tak przynajmniej mówili panowie na wczorajszej blokadzie, na którą trafiłam. Chciałam dojechać do Amatenango, do znajomej rodziny, ale kilka kilometrów przed tą miejscowością utknęliśmy w gigantycznym korku. Nikt się nie buntował, nie psioczył. Wszyscy grzecznie wysiedli z busa i ruszyli przed siebie, na drugą stronę. Udało mi się dotrzeć do Amatenango na piechotę, ale jako gringa w grzecznej spódniczce dziarsko maszerująca wzdłuż autostrady i długiego sznura samochodów robiłam furorę. Wszyscy kierowcy chcieli ze mną pogadać, ale nikt nie potrafił wyjaśnić mi przyczyny blokady. Poniżej moi towarzysze z combi. Dalej inne zdjęcia z drogi.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Dzień Wszystkich Świętych w Zinacantán

 
W Zinacantán świętowali już trzeci dzień. Przyszli uczcić zmarłych 1 listopada, jak wszyscy. Wspięli się betonową drogą po zboczu, na ścięty wierzchołek. Ze szczytu spojrzeli na kłębiące się w dolinie chmury. Obsypali groby sosnowym igliwiem, przynieśli naręcza kwiatów, pomarańcze, banany, trzcinę cukrową. Zapalili świece. A potem zasiedli na cmentarzu, jedli, rozmawiali. Nazajutrz przyszli raz jeszcze. Zwykle na tym by się skończyło. Ale ten rok jest wyjątkowy. - Drugi listopada wypada w niedzielę - don Pedro zapala świece. Przyszedł odwiedzić ojca. - To dzień odpoczynku. Odpoczywa się na ziemi, odpoczywa w niebie i nie ma komu wpuścić dusz do raju. Zostaniemy z nimi do poniedziałku. Wtedy będą mogły wrócić. B.