czwartek, 28 stycznia 2016

Dzień na targu w Chichi, Gwatemala

Gwatemala żyje targami. Chaotyczne i wszechobecne ubarwiają niemal każde miasto, miasteczko i wioskę. Wylewają się z głównych placów, wypełniają uliczki. Czasem można się na nich zaopatrzyć we wszystko, czego dusza zapragnie, czasem oferują tylko kapustę, cebulę i rzodkiew..
         
Największy targ Gwatemali
W Chichicastenango, w departamencie Quiché, odbywa się jeden z największych gwatemalskich targów. W przewodnikach turystycznych opisywany jest jako najciekawszy i najbardziej kolorowy, dlatego każdy, kto przyjeżdża do Gwatemali, chce go odwiedzić. Spokojne, liczące 45 000 mieszkańców Chichi, jak w skrócie nazywane jest miasto, dwa razy w tygodniu przeżywa prawdziwe oblężenie. W czwartki i niedziele, czyli dni targowe, pojawiają się tu tłumy obcokrajowców, którzy chcą to niezwykłe zjawisko zobaczyć, poczuć i sfotografować.
Aby poznać Chichi nieogarnięte targowym szaleństwem, warto przyjechać dzień wcześniej, podobnie jak część sprzedawców. Wieczorem można powłóczyć się po ożywionych ulicach, pełnych wózków ze smażonym kurczakiem i frytkami, a rano popatrzeć, jak ogromny targ powoli budzi się do życia i rozciąga swoje macki, wypełniając szczelnie ulice i skwery. Główny plac jest zastawiony straganami przez cały tydzień, co niestety nie dodaje miastu urody. Z morza plastikowych płacht i prowizorycznych dachów wyrastają gdzieniegdzie wysokie drewniane słupy, na których w dzień targowy zawisną narzuty na łóżka lub obrusy i ubrania. Niektórzy sprzedawcy nocują na swoim straganie, aby jak najwcześniej móc go przygotować.

 



Gwatemalskie śniadanie
Pierwsze otwierają się liczne „bary”. Niektóre z nich to skromne garkuchnie, wokół których w dużym ścisku zasiadają klienci, inne przypominają spore jadłodajnie z rzędami stołów i ławek. We wszystkich przy parujących kotłach i garnkach uwijają się grupki kobiet. „Pan con verduras” – krzyczy młody chłopak, któremu nie udało się dopchnąć do stołu. Dziewczyna w czarnej bluzce i fartuchu w kratę szybko smaruje bułkę pastą z jednego z garnków i podaje ją nad głowami innych klientów. W zamian dostaje odliczoną kwotę. Większość bywalców zna na pamięć zarówno jadłospis, jak i ceny – nie należy się spodziewać karty dań, a na opisywanie potraw nie ma czasu. Zazwyczaj prócz kanapek można zamówić ryż na mleku, caldo, czyli rosół, ryż, wszechobecną fasolę oraz tamales i chuchitos – zawiniętą w liście kukurydzy lub bananowca masę kukurydzianą z nadzieniem mięsnym i delikatnym pomidorowym sosem. To jeden z największych targowych przysmaków. Do tego podawana jest kawa, która w rzeczywistości jest raczej napojem kawowym czy, jak mówią czasem Gwatemalczycy, té de café - herbatą z kawy. Faktycznie, uliczna kawa przypomina raczej herbatę – jest bardzo słaba i mocno posłodzona. Przygotowuje się ją z najsłabszej jakości ziaren, które nie nadają się na eksport, oraz łupinek i innych odpadów kawowych. Napój, choć nie stawia na nogi jak mała czarna, jest całkiem smaczny. Tuż obok baru kobiety wokół okrągłej blachy postawionej na ogniu przygotowują i smażą tortille z masy kukurydzianej. W Gwatemali zazwyczaj są to niezbyt duże i stosunkowo grube placki, formowane w rękach. Przy stoiskach z tortillami rozlega się charakterystyczny, miarowy dźwięk ich wyklepywania.


Targ na kościelnych schodach        
O wpół do ósmej rano gotowe do pracy są sprzedawczynie kwiatów zajmujące całe schody Iglesia de Santo Tomás, czyli kościoła pod wezwaniem św. Tomasza, patrona miasta. O tej porze słońce powoli wychodzi zza kościoła i ostre promienie padają na kwiaciarki, przygotowujące pęki mieczyków i chryzantem. Kwiaty służą głównie do celów religijnych i ludzie kupują je przed wejściem do świątyni. Rano w Chichi panuje jeszcze lekki chłód i kobiety na oryginalne, tradycyjne stroje mają zarzucone nijakie swetry. Nie widać jeszcze piękna misternie tkanych bluzek z wzorami geometrycznymi i kwiatami. W okolicach Chichicastenango w huipilach, czyli indiańskich bluzkach, przeważa kolor różowy i czerwony, do tego nosi się spódnice nieco krótsze niż w innych częściach kraju, sięgające do kolana lub połowy łydki. Materiałom, z których wykonane są bluzki, warto się przyjrzeć z bliska na którymś z licznych stoisk z tradycyjnymi ubraniami. Tutejsze huipile należą chyba do najpiękniejszych w Gwatemali.


Na schodach do kościoła prócz ożywionego handlu kwiatami od rana do wieczora odbywają się modły. Kobiety i mężczyźni okadzają wejście do świątyni. Wokół roznosi się aromatyczny zapach żywicy, a z kadzideł buchają kłęby dymu. Niektórzy wierni skrapiają posadzkę kościoła i niewielkie ognisko przed nim alkoholem. Choć większość Gwatemalczyków należy do Kościoła katolickiego lub różnych sekt protestanckich, odprawiane przez nich rytuały wywodzą się często z dawnych wierzeń. W Chichi księża odprawiają msze, a cofrades, starsi członkowie bractw religijnych, zajmują się innymi posługami. Przy odrobinie szczęściach można zobaczyć, jak modlą się lub obnoszą w procesji święte figury, przybrane kolorowymi piórami, taśmami i lusterkami. Święci mają na sobie tradycyjne stroje, podobnie jak sami cofrades. Procesjom najczęściej towarzyszą dźwięki trąbki i uderzeń w bęben.



 

Mydło i powidło
Przed schodami do kościoła szybkim krokiem przemykają cargadores. To ludzie zatrudniani do przenoszenia towarów, dźwigający na plecach ogromne pakunki. Dzięki nim ulice wokół placu wypełniają się towarami. Ich praca, choć ciężka, nie jest dobrze płatna ani prestiżowa. Kierując się do dalszych rewirów targu, przebiegają przez plac pośród otwierających się kramów.
Około ósmej rano towary na większości stoisk są już rozłożone. Nie jest to jeszcze godzina przyjazdu wycieczek, dlatego sprzedawcy nie są zbyt ożywieni i nachalni. Dopiero za parę godzin będą musieli zacząć walczyć o klientów. Tylko niektórzy starają się zachwalać swój towar i zachęcać „porannymi promocjami”. Gdy pojawi się więcej turystów, ceny znacząco wzrosną.


Przy głównym placu stoi Centro Comercial – hala targowa przez cały dzień oblegana przez Indian z okolicznych wiosek. W jej wnętrzu piętrzą się skrzynki z pomidorami, stosy melonów i ogromne piramidy kalafiorów, zaś pod ścianami stoją worki z kukurydzą. Wąskie alejki wypełniają sprzedawcy i kupujący w tradycyjnych strojach. Tak musiał wyglądać cały targ w Chichicastenango, zanim zaczął przyciągać setki obcokrajowców. Dziś poza halą warzywno-owocową króluje już zupełnie inny asortyment, dopasowany do potrzeb nowej klienteli. Stragany uginają się pod ciężarem biżuterii ze srebra i kamieni półszlachetnych, ozdób z małych kolorowych koralików i rzekomo starych monet. Na drewnianych rusztowaniach rozwieszone są przepiękne tęczowo-pasiaste kapy i narzuty wykonane ze zszytych fragmentów huipili z różnych części kraju. Obok nich widać żakiety z haftami imitującymi wzory z Nebaj. Gdzie indziej powiewają obrusy z barwnymi kwiatami i ptakami, tkaniny z okolic Sololá, ręcznie tkane szale i ubrania, które nie mają już wiele wspólnego z indiańską tradycją. Stoły zastawione są niekończącymi się rzędami maskotek w kolorowe paski, wyglądającymi jak przywiezione wprost z chińskiej fabryki. Wszędzie można też zobaczyć drewniane maski produkowane w samym Chichi. Rękodzieło i pamiątki nie zawładnęły jednak targiem niepodzielnie. Ciągle można tu jeszcze trafić na stragany z suszonymi rybkami i krewetkami o mdłym zapachu, a także ze świecami i aromatyczną żywicą do kadzidła. Staruszkowie z zabytkowymi wagami sprzedają sól i wapno, niezbędne do wyrobu tortilli. Na obrzeżach targu można kupić żywe kurczaki oraz rozmaite rupiecie, a pod arkadami ratusza usypane są ogromne kopce kukurydzy. Trudno się oprzeć pokusie, aby wsunąć ręce w te góry wysuszonego ziarna, które tu ma kolor biały lub szaro-niebieski.


Godziny szczytu
Turyści pojawiają się przed południem. Przyjeżdżają w zorganizowanych wycieczkach z największych ośrodków turystycznych Gwatemali – Quetzaltenango i znad jeziora Atitlán. Tylko nieliczni decydują się na przyjazd razem z miejscowymi lokalnym autobusem. Bajkowo pomalowane chickenbusy, czyli dawne amerykańskie autobusy szkolne, zajeżdżają do Chichi wypełnione po brzegi. Na siedzeniach, które niegdyś zajmowało dwoje dzieci, dziś siedzą ściśnięte całe gwatemalskie rodziny w cztery albo nawet pięć osób. Na miejscu wysypują się z pojazdu i mieszają z turystami.
Na targu robi się tłoczno, a w sprzedawców wstępują nowe siły. Obok żadnego stoiska z rękodziełem nie da się przejść spokojnie – „Zapraszamy, zapraszamy, są różne kolory, co się państwu podoba, sin compromiso” przekrzykują się nawzajem. „Sin compromiso” to zwrot-pułapka – „bez zobowiązań”, można wszystko obejrzeć, pomacać, przymierzyć, później jednak trudno się wycofać z zakupu. Sprzedawcy potrafią gonić klientów przez pół targu, zachwalając im swój towar i powoli schodząc z ceny.

 

Triki handlowe
Małe dziewczynki z poważnymi minami prezentują naszyjniki z ceramicznymi wisiorkami-laleczkami. Ich starsi bracia chwalą się znajomością kilku słów po angielsku: „Where are you from?”, „Special price, special price for you, sin compromiso!”. Targowi szarlatani głośnym krzykiem zachęcają do zakupu leku na porost włosów lub oczyszczających organizm ziół, a miejscowi kaznodzieje nawracają zagubione owieczki, wymachując niewielkimi, zniszczonymi Bibliami. W niemal każdej alejce można spotkać handlarki materiałów i huipili. „Tanio, bardzo tanio 600… tylko 600 quetzali, quetzali nie dolarów” zachęcają przechodniów. Jeden dolar to około 8 quetzali, a sprzedawcy żonglują walutą, jak im wygodniej. „Za 50 mogą mieć państwo ten piękny szal… za 30… 20… 10… no dobrze osiem… dolarów.”. Najczęściej ceny podawane są quetzalach, dlatego nietrudno się nabrać na tego rodzaju triki. Targ w Chichicastenango to jedno z niewielu miejsc w Gwatemali, gdzie z czystym sumieniem można się targować, chociaż trudno zgadnąć, jaka cena jest uczciwa. „Tylko 400 quetzali, tanio” pulchna handlarka zachęca do kupienia ozdobnej tkaniny dwie młode Amerykanki. Po chwili sprzedaje ją starszemu Francuzowi z aparatem na szyi za… 600. Cena potrafi spaść ze 100 dolarów do 40, a gdy klient wykaże zbyt duże zainteresowanie – ponownie wzrosnąć. Trudno jest się temu dziwić – każdy stara się zarobić na przyjezdnych ze Stanów czy Europy, a ci pojawiają się zaledwie na kilka godzin. Około drugiej, trzeciej nie ma już po nich śladu. Wówczas ceny znowu spadają, a sprzedawcy odzyskują spokój.


Do następnego targu
Po południu handlarze zaczynają się powoli zbierać. Podliczają zarobione pieniądze i ładują towary do starych pikapów. Następnego dnia wielu z nich jedzie na kolejne, już mniej znane targi w innych miastach i miasteczkach – San Francisco El Alto czy Totonicapán. Inne miejsca nie są tak oblegane przez obcokrajowców jak Chichicastenango, choć często bywają nie mniej ciekawe.

            O zachodzie większość straganów jest już zwinięta, tylko w alejkach zostają porozrzucane resztki opakowań i obgryzione kolby kukurydzy, a bezdomne psy węszą za czymś do jedzenia. Ostatnie promienie słońca padają na schody kościoła Santo Tomas, z którego dawno już zniknęły handlarki kwiatów. Zostało tylko kilka kobiet z dymiącymi kadzielnicami. Chichicastenango z powrotem zamienia się w miasto, gdzie życie toczy się nieśpiesznym rytmem, aż do następnego dnia targowego. Słońce zachodzi za Calvario, niewielkim, białym kościółkiem naprzeciwko św. Tomasza, a ulice pustoszeją.

Tekst ukazał się kiedyś w magazynie FotoGea. Zdjęcia pochodzą z trzech podróży do Gwatemali, za każdym razem odwiedzaliśmy Chichicastenango. Ich układ jest moją rozpaczliwą i bezskuteczną próbą okiełznania bloggera... 

5 komentarzy:

  1. Okiełznanie bloggera nie jest łatwe ;). Opowieść świetnie się czyta, a zdjęcia są piękne :). Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  2. Okiełznanie bloggera nie jest łatwe ;). Opowieść świetnie się czyta, a zdjęcia są piękne :). Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcia są świetne - ostatnie oraz to z niebieskim tłem są jak dla mnie najlepsze! Tekst czytało się przyjemnie i lekko. Okiełznanie bloggera faktycznie sprawia niekiedy problemy, niestety :/
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za dobre słowo :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń